Budapeszt - Bratysława - Wiedeń

Uczestnicy

Filip i ja.

Plan

Na początku chcieliśmy po prostu dotrzeć do Budapesztu. Potem rozważaliśmy kilka alternatywnych tras, aż w końcu zdecydowaliśmy się na zdobycie 3 stolic: Budapesztu, Bratysławy i Wiednia. Mieliśmy jechać w czwórkę, ale dwie osoby (przemilczę ich imiona) zrezygnowały na 2 tygodnie przed planowanym wyjazdem! My jednak byliśmy na tyle zdeterminowani, że pojechaliśmy sami, a w ramach zemsty wysyłaliśmy im pocztówki z każdej zdobytej stolicy.

Przygotowanie

Jeśli chodzi o kondycję, to moim jedynym treningiem było dojeżdżanie rowerem do pracy (ok. 25km dziennie) od połowy kwietnia. Dla sprzętu sprawdzianem była wyprawa w maju. To był bardzo dobry pomysł, bo kilka kaszubskich górek (szczególnie ta ze znakiem 'stromy podjazd') skłoniło mnie do zmiany przedniej zębatki na trzybiegowa (dla zainteresowanych: 32/40/48). Filip wziął swoje rewelacyjne sakwy Ortlieb, a oprócz rzeczy osobistych zabrał również namiot. Ja sakwy pożyczyłem od Darka S., a moim dodatkowym bagażem był zestaw narzędzi. Co do samych rowerów: Filip jechał Schwinn'em a ja rometowskim Wagantem.

Chcieliśmy wystartować z Zakopanego, więc najpierw sprawdziliśmy, czy Polskie Koleje Państwowe przewiozą nasze rowery. Okazało się, że jest to możliwe, wiec nie spodziewaliśmy sie problemów. Niestety! Odnieśliśmy wrażenie, że PKP bardzo nie chce nam sprzedać biletów. Najpierw pani w informacji powiedziała, że nie podstawiają już składów z wagonem bagażowym do przewożenia rowerów.
Filip na to: "A ten Zakopanego o 23 ileśtam? Na rozkładzie jest napisane, że ma."
Pani: "Ten ma."
Filip: "A przed chwilą mówiła pani, ze żaden już nie ma…"

Potem pani kasjerka nie mogla uwierzyć, że chcemy jechać razem z rowerami.
Najpierw zapytała koleżankę: "Jolka, a my jeszcze wozimy rowery?"
Jolka na to: "Niech chłopaki rowerami do Zakopanego jadą."

Gdy już ustaliły, ze można sprzedać nam bilety na przewóz rowerów, okazało sie że na piątkowy pociąg wszystkie bilety są już wykupione. Pani kasjerka wogóle nie wykazywała inicjatywy i sama nie zamierzała sprawdzić obłożenia tego pociągu w inne dni. Musieliśmy więc cierpliwie wypytywać:
"A w sobotę?"
"A w niedzielę?"
"A w poniedziałek?"
"A może w czwartek?"

Hura! W czwartek były miejsca, więc kupiliśmy bilety. W dzień wyjazdu Filip odebrał jeszcze paczkę z częściami i kaskiem. Wieczorem - o umówionej godzinie - pojawiłem sie na dworcu PKP w Bydgoszczy, a Filipa nie ma! Zjawił się chyba na 5 minut przed odjazdem, a musieliśmy jeszcze wstawić rowery do wagonu bagażowego. Przypięliśmy rowery, wskoczyliśmy do naszego wagonu, pomachałem żonie i ruszyliśmy.

Wyjazd

Dzień pierwszy - 30 lipca 2004 r.

W Zakopanym padał deszcz. Pojechaliśmy na obiad do klasycznego PSS Społem "Pod Smerkami". Po drodze w stacji meteorologicznej uprzejma pani poinformowała nas, że po 13 nie powinno już padać. Zjedliśmy obiad i mimo deszczu (za godzinę miało przecież przestać) ruszyliśmy w stronę przejścia granicznego.

Prognoza się jednak nie sprawdziła - dopiero późnym popołudniem przestało padać. Na granicy kupiłem trochę słowackich koron i węgierskich forintów. Próbowaliśmy też troszkę się wysuszyć, ale bez znaczącego rezultatu. Ja z trudem znalazłem kawałek suchej tkaniny w moim ubiorze, Filip nie znalazł na sobie nic suchego. Wylaliśmy wodę z butów i przekroczyliśmy granicę - Filip z paszportem, ja z nowym dowodem. Gdy przestawało już padać dojechaliśmy do Starego Smokovca, zrobiliśmy zakupy i zapytaliśmy o nocleg. Skierowano nas do byłego sanatorium, już w Novym Smokovcu, w którym teraz jest tani hotel. Tam ustaliliśmy warunki finansowe, zabezpieczyliśmy rowery, przebraliśmy się w suche rzeczy i po krótkim spacerze poszliśmy spać.

Dzień drugi - 31 lipca 2004 r.

Rano pięknie świeciło słońce, więc zamiast ruszać w drogę suszyliśmy przemoczone ubrania i buty. Ruszyliśmy w drogę mniej więcej w południe.

Dość szybko zgłodnieliśmy. W jednej z mijanych miejscowości zatrzymaliśmy się i zamówliśmy podwójną porcję frytek (hranolky) i Kofolę. Od tej chwili Kofola stała się dla nas głównym źródłem kofeiny. Zjedliśmy, wypiliśmy i ruszyliśmy dalej.

No i zaczęło się… Dziesięciokilometrowe podjazdy, które pokonywaliśmy w godzinę tonąc w pocie i dziesięciokilometrowe zjazdy, które zajmowały co najwyżej 15 minut i nieprzyjemnie wyziębiały organizm. I tak w kółko - podjazd, zjazd, podjazd, zjazd, podjazd… Przed każdym zakrętem wierzyłem, że to już koniec górki, już nawet linia drzew tak troszkę opadała… Ale nie! Nadal pod górkę. Przy którymś z kolei zakręcie przestałem już myśleć o czymkolwiek innym. Liczyło się tylko dla mnie to, żeby dojechać na szczyt kolejnego wzniesienia. Skończły mi się biegi. Były tylko dwie opcje: albo jadę albo rzucam rower do rowu…

Na kolację w przydrożnej restauracji zjedliśmy placki ziemniaczane podane z kiszoną kapustą - polecam! Potem posłuchaliśmy koncertu na zjeździe Chrześcijańsko-Demokratycznej Młodzieży Słowackiej i udaliśmy się do Tále, gdzie mieliśmy nadzieje przenocować na polu namiotowym. Niestety okazało się, że pole jest nieczynne lub zlikwidowane i musieliśmy jechać dalej. Już po zmroku przejechaliśmy przez jakieś przemysłowe miasteczko i dotarliśmy w końcu do Brezna. Cudem trafiliśmy na Penzión Marína. Zdziwił nas fakt, że zahraniční płacą więcej, a argumenty o "bratnich narodach" nic nie dały… Ale warunki były dobre, zjedliśmy coś na ciepło, pooglądaliśmy kreskówki w słowackiej wersji językowej (jeśli dobrze pamiętam: to je taká moja malá pomsta) na telewizorze firmy - jakże by inaczej - Tesla i poszliśmy spać.

Dzień trzeci - 1 sierpnia 2004 r.

Jak zwykle nie wstaliśmy zbyt wczesnie ale w końcu ruszyliśmy nadal na południe.
W okolicach XXX zgłodnieliśmy i staraliśmy sie znaleźć jakieś miejsce do zjedzenia obiadu, co nie było łatwym zadaniem w niedzielę. Zatrzymaliśmy sie w typowym barze piwnym obok typowego spożywczaka (Potraviny).

Weszliśmy do środka i okazało się, że w menu nie ma nic do jedzenia. Rozczarowani chcieliśmy wyjść, ale pani barmanka widząc nasze zniechęcenie zapytała czego sobie życzymy. Odpowiedzieliśmy (używając również rąk), że chcemy zjeść obiad. Kazano nam zaczekać i po dłuższej chwili pojawiły się przed nami talerze. Danie składało się z kotleta, ziemniaków i surówki. Zjedlismy, zaplacilismy stosunkowo mało jak za tak dobry posiłek i pojechaliśmy dalej.

Udało nam się pomylić drogę, na szczęście bez większych konsekwencji. Ale pamiętam, że zostałem troszkę z tyłu starając się odnaleźć naszą obecną pozycję na mapie, a w tym czasie Filip nabrał dość sporej prędkości jadąc z górki i zbliżając się do skrzyżowania. Z mapy wynikało że powinniśmy skręcić bodajże w prawo, więc krzyczę: "Filip! Filip! W prawo! W prawo!" dodatkowo wyraźnie gestykulując. I co? I Filip skręcił w lewo. Musiałę go dogonić i zawrócić. Gdy miałem pretensje o to że źle skręcił, odpowiedział: "Ach w to prawo…"

Przejeżdżając przez jedną z wiosek postanowiliśmy ukoić pragnienie (oczywiście Kofolą). Pani w sklepie spożywczym była bardzo miła i zasugerowała nocleg w Dolnej Strehovej, gdzie znajduje się termálne kúpalisko. Trochę się z nas śmiała, gdy dowiedziała się, że jedziemy do Budapesztu, a madziarskiego wogóle nie znamy.

W Dolnej Strechowej zapłaciliśmy za pole namiotowe, rozbiliśmy namiot, wzięliśmy prysznic i poszliśmy na piwo do baru znajdującego się na terenie kąpieliska.

Dzień czwarty - 2 sierpnia 2004 r

Zanim wyruszyliśmy w dalszą drogę postanowiliśmy wykorzystać fakt, że jesteśmy na terenie kąpieliska i popływaliśmy w basenie.

Przed granicą z Węgrami skończyły się górki i zrobiło się dość płasko. Dojechaliśmy do przejścia granicznego, pokazaliśmy dokumenty, a węgierski celnik powiedział m.in. "Do widzenia!". Pierwsza obserwacja - koleiny, których w Słowacji nie widzieliśmy. I nieuzasadnione naszym zdaniem znaki "zakaz wjazdu rowerów".

Zatrzymaliśmy się w pierwszym napotkanym węgierskim miasteczku, doczytaliśmy w przewodniku Filipa gdzie są pola namiotowe i postanowiliśmy znaleźć Pap-Sziget. Ale najpierw musieliśmy przeprawić się przez Dunaj.

Stoi prom, przed promem gość i sprzedaje bilety.
"Idź zapytaj ile to kosztuje" - mówię do Filipa.
"Ty idź" - mówi Filip, próbując uniknąć rozmowy po węgiersku.
"Nie, ty idź" - odpowiadam.
"Nie, ty idź" - mówi Filip.
Po dłuższej wymianie zdań na podobnym poziomie, decyduję się zapytać i mówię:
"My i rowery (tu odpowiedni wskazujący ruch ręką), how much?"
I dzięki tej błyskotliwej kwestii zostałem ndla Filipa niekwestionowanym autorytetem w sprawach języka węgierskiego. A gość tylko mrukną pod nosem:
How much, how much…
i podał sumę niemieckim liczebnikiem.

Niestety wspomnianego wyżej pola namiotowego nie udało nam się zlokalizować. Przeprawiliśmy się z powrotem, potem znaleźliśmy most, dzięki któremu nasza pierwsza przeprawa okazała się bezcelowa. W międzyczasie chcieliśmy rozbić namiot przy stadionie gdzie biwakowała jakiaś zorganizowana grupa młodzieży, ale niestety grzecznie nam odmówiono. Co ciekawe - zostaliśmy wzięci za Słowaków. Na szczęście za mostem znajdowało się inne pole namiotowe. Na nieszczęście właścicielka mówiła tylko po swojemu i po niemiecku. Udało mi się jakoś porozumieć w języku Goethego, zrozumiałem nawet że powinienem zostawić u pani swój dowód osobisty.



Dzień piąty - 3 sierpnia 2004 r.

Tahitotfalu -> Budapest -> Szentendre

Rankiem woda w basenie nie jest najcieplejsza, ale nie zraziło nie to i trochę popływałem. Schody zaczęły się gdy postanowiliśmy zapłacić. Właścicielka akurat wyjechała, a w biurze była tylko jakaś staruszka, być może matka właścicielki. Oczywiście mówiła tylko po madziarsku. To że chcemy zapłacić było dość jasne, ale jak wytłumaczyć że chcę z powrotem mój dowód osobisty? Na szczęście przechodziła obok jakaś młoda para, która znała angielski, więc szybko wyłuszczyliśmy na czym polega problem, został on przekazany w natywnym języku staruszce, która natychmiast otworzyła szufladę i oddała mi mój dokument.

klocki hamulcowe

budapeszt
- brak powietrza
- jedzenie w markecie
- miasto i Piasek
- zamek, parlament

zamknieta droga powrotna
pap-sziget



Dzień szósty - 4 sierpnia 2004 r.

Szentendre -> okolice Komarna (przez Sturovo)

skansen + wąż/żmija
gorka
bazylika
odbudowany most
kempingi - brak miejsc - polska wycieczka - nic
ostatni szansa i jest!
Šťastnou cestu

Dzień siódmy - 5 sierpnia 2004 r.

Komarno -> Bratislava

zamkniete pole namiotowe

W Bratysławie jesteśmy krótko przed dziesiątą. Rzutem na taśmę udaje nam się kupić mapę z zaznaczonymi miejscami noclegowymi w centrum. Wybór pada na akademik Svoradov. Przed nami grupka ludzi chyba z Brazylii bezskutecznie próbuje dogadać się z panią z recepcji. Nadchodzi nasza kolej. Spokojnie mówię w języku Mickiewicza, o co nam chodzi. Pani aż promienieje z radości, że w końcu ktoś po ludzku gada. Szybciutko załatwiamy formalności, zostawiamy rowery w specjalnej komórce i zamieszkujemy w dwuosobowym pokoju.

na miasto
wszystko zamykane o polnocy

Dzień ósmy - 6 sierpnia 2004 r.

Generalnie odpoczywamy od rowerów, pijemy piwo i chodzimy po Bratysławie.

cestovný lístok za 1571 koron słowackich (38.20€) Brtislava Hlavná - Bydgoszczy, a dopłata za rower Bratislava - Čadca to tylko 20 koron słowackich.

Železničná spoločnosť Slovensko lepsza niż Polskie Koleje Państwowe.

bar z druzyna hokejowa

Dzień dziewiąty - 7 sierpnia 2004 r.

Bratislava -> Wien -> Bratislava (170km bez sakw)

austriacka celniczka
piekna trasa
zapytanie po niemiecku ze slowianckim akcentem
plaza nudystow
wieden, pomnik mocarta
powrot, zaczelo sie sciemniac
hot dog i hot cat
wymeldowanie sie
nocowanie na dworcu

Powrót do Brzydgoszczy

4:30 z Bratysławy o 9:18 w Žilina

W miejscowości Žilina mieliśmy przesiadkę.

Filip poszedł po jedzenie i picie (Kofola!).
A ja siedzę sobie na rynku, wygrzewam sie w słońcu, pilnuję rowerów.
W koszulce bratnich narodów z napisem CCCP ;-)
Patrzę i….

14:56 odjazd
Podstawiono polski pociąg, który nie miał specjalnego miejsca do przewożenia rowerów i który… się zepsuł.

Wysiedliśmy przed granicą, bo słowacki pociąg dalej nie jechał. Wszyscy poszli w stronę przejścia granicznego, a my mozolnie wypakowaliśmy rowery i zamontowaliśmy sakwy. Gdy byliśmy gotowi nikogo już nie było widać. Udaliśmy się więc mniej więcej w kierunku granicy. Niestety przejścia granicznego nie znaleźliśmy. W miejscowości Zwardoń, wyprzedzając o kilka lat wprowadzenie układu z Schengen w życie, zignorowaliśmy znak "Granica państwa. Przejście wzbronione" i znaleźliśmy się w Polsce unikając jakiejkolwiek kontroli.

bilet na rower i jakoś się dostaliśmy…

Podsumowanie

Wycieczka trwała 9 dni (z czego 8 jeździliśmy na rowerach), przejechaliśmy ok. 800km, co daje imponującą (mając na uwadze Wysokie i Niskie Tatry) średnią 100km dziennie.

Trasa wygladała nastepująco:

  • Zakopane -> Novy Smokovec
  • Novy Smokovec -> Brezno
  • Brezno -> Dolná Strehová
  • Dolná Strehová -> Tahitótfalu
  • Tahitótfalu -> Budapest -> Szentendre
  • Szentendre -> okolice Komarna
  • Komarno -> Bratislava
  • łazimy pieszo po Bratysławie, kupujemy bilety na pociąg do Polski, pijemy piwo, itd.
  • Bratislava -> Wien -> Bratislava

Jedyne usterki to pęknięta dętka (Filip) i zerwana linka od tylnego hamulca (ja).

W sumie PEŁEN SUKCES!

Zdjęcia

O ile nie zaznaczono inaczej, treść tej strony objęta jest licencją Creative Commons Attribution-Share Alike 2.5 License.